Andrzej Ceglarek opowiada o drodze do akordeonu, związkach z Giżyckiem oraz własnych aranżacjach muzyki Mike’a Oldfielda i innych kompozytorów.
Rozmowę przeprowadził Michał Kotyrba w Galerii Schron w Giżycku. Publikujemy ją za zgodą autora.
Rozmowa z Andrzejem Ceglarkiem
Michał: Andrzej, powiedz mi, czy od zawsze wiedziałeś, że będziesz grał na akordeonie?
Andrzej Ceglarek: O nie, od zawsze to nie. Rodzice mnie najpierw zapisali do szkoły muzycznej. Uczyłem się w systemie dodatkowej szkoły, czyli 6 lat szkoły pierwszego stopnia, 6 lat szkoły drugiego stopnia. I tak naprawdę o tym, że ja chcę grać na akordeonie, to się przekonałem w momencie, kiedy skończyłem wtedy szóstą klasę szkoły podstawowej tej powszechnej i już ukończyłem w kwietniu szkołę pierwszego stopnia w Kaliszu, w grze na akordeonie, ponieważ jako, że chciałem, idąc do siódmej klasy szkoły podstawowej, chciałem kontynuować w pierwszej klasie szkoły średniej w tym samym pomieszczeniu, czy w tym samym budynku w szkole w Kaliszu, to tak jakby egzamin zagrany w kwietniu był jednocześnie promocją do tej szkoły. I ja wtedy sobie powiedziałem, że ja nie chcę już grać na tym instrumencie, że go rzucam. Minął maj, minął kwiecień, minął czerwiec, ale w lipcu była taka pogoda, jak między innymi teraz w Giżycku i nagle coś mnie olśniło, że ja jednak muszę zagrać. I wtedy się przekonałem, że moje życie bez tego instrumentu jest niemożliwe.
Michał: Czy Twoje rodzice też byli muzykami?
Andrzej Ceglarek: Nie, moje rodzice już nie żyją, muzykami nie byli. Dziadek był muzycznie uzdolniony, w jakiejś kapeli tam a la wesela, czy jakieś tam przyjęcia, uliczna kapela grał, ale ja go niestety nawet nie miałem okazji poznać, tylko ze zdjęć i z opowieści, więc prawdopodobnie, że to często jest tak, że co drugie pokolenie geny przechodzą, to zastanawiam się skąd mogłem, skąd mogło się u moich rodziców to wziąć, więc chyba z tego, że sami pamiętali to z działań własnych rodziców
Michał: Jak długo oswajałeś się z instrumentem? Wiesz, koledzy zapewne grali w piłkę, a Ty musiałeś ćwiczyć. Kiedy go polubiłeś?
Andrzej Ceglarek: Ja też chodziłem grać w piłkę, nawet na karate chodziłem, ale oczywiście to się odbywało kosztem zajęć muzycznych, bo była taka sytuacja, że moja siostra chodziła do szkoły muzycznej i pewnego razu pani tam od jakiejś rytmiki, czy jakiegoś innego kształcenia słuchu zadała mojemu Ojcu pytanie, a kiedyż to syn przyjdzie do mnie na zajęcia? No i się okazało, że ja z domu wychodziłem, ale szedłem zupełnie gdzie indziej, byłem zafascynowany tymi sztukami walki i nie było mnie tam. Natomiast ogólnie rzecz biorąc, okiełznanie instrumentu, jako tako na początku nie było z tym problemu, bo się w systemie edukacji pojawia kilka instrumentów, które szkoły oferują i w zależności od wieku, wzrostu, rozwoju, muzyka, te instrumenty też się stają coraz większe i coraz bardziej bogate. Myślę, że jako takie prawdziwe okiełznanie instrumentu następuje wtedy, kiedy mamy swój własny instrument. Ja taki instrument miałem w latach 80. kupiony w sklepie muzycznym w Kaliszu, który był na mnie za duży i żeby na nim zagrać, musiałem go obsuwać na kolanach bardzo mocno do przodu i przytrzymywać brodą, żeby widzieć co mam grać. Dlatego większość akordeonistów postępowała podobnie. Ja tutaj też mam taki wzgórek, takie powiększenie. To tak mniej więcej jak trębacze mają tutaj śliwkę, czy skrzypkowe śliwka, a trębacze wydęte usta. No więc dla mnie okiełznanie instrumentu miało miejsce realnie wtedy i po raz kolejny w 2016 roku, tylko kiedy zakupiłem instrument od producenta z Włoch i musiałem go rozegrać, dotrzeć. To się robi dokładnie tak samo jak z samochodem. Na początku nie można pędzić, tylko trzeba stopniowo wszystkie systemy do siebie dopasować i tu jest dokładnie tak samo. Żeby instrument po latach dobrze brzmiał, to trzeba na początku poświęcić mu bardzo, bardzo dużo czasu. No i ja takie kilka miesięcy rozgrywałem ten instrument, zanim przyjechałem do Giżycka i odniosłem sukces na konkursie.
Michał: No właśnie, skąd się wziąłeś w Giżycku? Bo pochodzisz z Kalisza, mieszkasz w Łodzi.
Andrzej Ceglarek: No w Giżycku w ogóle to się wziąłem w 90-tych latach z tytułu obozów AZS-u i jako, że bliskość ośrodka w Wilkasach sprawiała, że tutaj się zacząłem pojawiać. Był taki okres, że ja jeździłem raz albo dwa razy w roku w te okolice. Jedyną przerwę miałem między 2006 a 2008 rokiem, ale od 2009 przyjeżdżałem znowu kilkukrotnie, a teraz już jest tak, że nawet kilkunastokrotnie jestem w okolicy na dłuższe pobyty. Natomiast konkurs w Giżycku, który się odbywał do 2019 roku, jeżeli dobrze pamiętam, to był mój świadomy wybór, bowiem jest sytuacja taka, że w 2014 roku umiera mój tata. Rozmawiamy o tym, żebym wrócił do grania. No i on mi mówi, żebym zainwestował w akordeon, żebym poszedł w tę stronę, bo ja miałem 15 lat przerwy w grze na instrumencie. Szukałem swojego szczęścia w sporcie, znaczy jako działacz sportowy, jako organizator życia sportowego, nie tylko miasta Kalisza. No i nagle się okazało, że jak ten czas minął, już byłem w Łodzi, to mój tata zmarł i ja postanowiłem kupić ten instrument. I pierwszą imprezą, jaka była w kalendarzu, po prostu robiona z części konkursowej, to była Concertina w Giżycku. Wiedziałem, że moi koledzy wcześniej tu przyjeżdżali i chwalili sobie to przedsięwzięcie. Ja też jak przyjechałem, to nawet grając w koncert laureatów, wtedy sala GCK była w remoncie i ten koncert był na sali pana Biłasa, to pamiętam, że sam zauważyłem, że to jest jedna z najlepiej zorganizowanych imprez, którą organizowały na swojej barki wzięły cztery kobiety. I to był naprawdę konkurs najbardziej mega sprawiedliwy, który dawał wszelkie szanse, wszystkim takie same, nie było forowania, że ktoś jest nasz, a ktoś jest obcy. Wszyscy dostawali na tak samą długą ilość czasu salę do rozegrania, te same warunki, nikt nie był lepiej traktowany. I sam fakt, że trzeba było znaleźć miejsce, gdzie się ten koncert laureatów odbędzie, kiedy sala GCK była w remoncie, to pokazywało, że te kobiety nadawały się do tego i świetnie sobie z tym dawały radę.
Michał: Powiedz mi, jeśli chodzi o Twój rozwój muzyczny, zaczynałeś pewnie od klasyków, a wiem, że gdzieś tam zainteresowałeś się muzyką taką stricte popularną i zacząłeś ją przerabiać na akordeon. Skąd to zainteresowanie akurat, mówimy tutaj o Twoim sztandarowym przetłumaczeniu muzyki Mike'a Oldfielda na akordeon, skąd się to wzięło?
Andrzej Ceglarek: Na muzykę Oldfielda to nawet nie tyle ja wyszedłem, co ona wyszła na mnie. W latach osiemdziesiątych miałem swój pierwszy komputer, którym było ZX Spectrum, jeszcze z gumowymi klawiszami. Tam było pełno gier na kasecie, ale na końcu był takie coś, co nie wiedziałem jak to się nazywa, włączyłem to, no i nagle widzę jakiś wektor, który biega po ekranie, to okazała się demonstracja, ale ta demonstracja miała właśnie motyw Dzwonów i jak usłyszałem "ta di da di di", to mówię, co to jest w ogóle. Zacząłem słuchać czegoś, nie wiedząc co to jest, następnie obejrzałem film "Egzorcysta", gdzie znowu się to pojawiło i wiedziałem, że muszę się dowiedzieć, co to jest i poszukując odpowiedzi na pytanie, czego ja słucham, w dziewięćdziesiątym drugim roku, czyli już jako nastolatek, obejrzałem koncert Oldfielda na zamku w Edynburgu z Dzwonami Rurowymi 2 i to dla mnie było tak absolutnie doskonałe dzieło, chyba z tego tytułu, że ja jednak bardziej cenię muzykę instrumentalną niż wokalno- instrumentalną i wtedy się już zapadłem w to wszystko. W bardzo krótkim czasie zdobyłem całą dyskografię Mike Oldfielda na kasetach, wtedy jeszcze nie na kompaktach. Po czasie, kiedy już troszeczkę człowiek się rozwinął i więcej nabył sprzętu, czy też okoliczności możliwości nabywania, no bo jednak płyty były dużo droższe niż kasety, no to wtedy skompletowałem całą dyskografię na płytach kompaktowych. Wtedy pojawił się Vangelis, Andreas Vollenweider, Klaus Schulze, Tangerine Dream, pojawiła się cała masa, oczywiście Jean-Michel Jarre, no i zacząłem słuchać takiej muzyki, która mnie wyprowadziła na takie klimaty, jak muzyka Czesława Niemena, muzyka elektroniczna, której nikt nie zna i nikt nie ceni. Mikołaj Hertel napisał wiele ciekawej muzyki elektronicznej, no i oczywiście Marek Biliński. I ja sobie myślałem, że może grając coś takiego, jak pokażę, że to można zagrać na akordeonie, to to się komuś będzie podobało. Nie jest sztuką zagrać utwór Oldfielda typu "Moonlight Shadow" czy "Shadow on the Wall", puszczając mp3 i grając melodyjkę jedną ręką. Sztuką jest moim zdaniem zagrać fragment Dzwonów, czy fragment "Platinum", czy fragment "Discovery", czy fragment "Incantations", czy jakiegokolwiek utworu takiego, jak ja zrobiłem "Ommadawn" i zagrać to, żeby to było jak najbardziej bliskie oryginałowi. Problem polega na tym, że trzeba mieć szeroką łapę, jeszcze szerszą wyobraźnię, z czegoś rezygnować, żeby coś innego zagrać i wtedy nagle zaczyna to nabierać kształtów i rumieńców, bowiem ja na przykład grając tę muzykę, dokładam efekty perkusyjne, które muszą być w danym momencie, tupiąc nogą w odpowiednim obuwiu, albo przodem, albo tyłem tego buta o podłogę. Dokładam jakieś efekty odbijania się dźwięku od galeryjki instrumentu, bo uderzam, albo jak gram Jarre'a, to uderzam tutaj w przełącznik, który służy do załączenia wszystkich głosów, ale nie załączam tych głosów, tylko uderzam w niego kciukiem, więc szukam tych sposobów, żeby utwór uatrakcyjnić i to jest to, że jest wiele osób, które mnie kojarzy z tego tytułu, że ja gram tę muzykę, bo w pandemii miałem taką sytuację, że nie mając gdzie zarobić pieniędzy, zresztą wcale teraz nie jest lepiej, nie mając gdzie zarobić na tamten czas żadnych pieniędzy, zacząłem dowodzić sushi, byłem po wypadku rowerowym, nie mogłem dobrze ruszać ręką i zażenowanie z jednej strony, a z drugiej strony radość, że ktoś mnie rozpoznał. Miałem miejsce wtedy, kiedy do brytyjskiego biurowca, czy tam apartamentowca w Łodzi, dostarczyłem komuś sushi za kilkaset złotych, typu 700-800 złotych, dostałem z tego jakiś napiwek, bo było płacone gotówką, a koleś pierwsze co to powiedział, że to jest dla niego nieprawdopodobne, że facet, który grał Światową Premierę "Ommadawn" na akordeonie, dostarcza mu sushi i on nie mógł się nadziwić, jak to jest możliwe, ale nie mógł się nadziwić, tylko od tej strony, że wyraził swoje zdziwienie, natomiast jak ja mu powiedziałem, że mu dam namiar i żeby mnie w brytyjskiej szkole zareklamował, żebym taki koncert zagrał dla tych dzieci, to już dalej za tym nic nie poszło, więc wiem, że gram coś, co jest trudne w odbiorze, w promocji, dzisiaj coraz mniej ludzi kojarzy nazwisko Mike'a Oldfielda, Jarre'a może bardziej, bo on jeszcze żyje i tworzy, Vangelis niedawno zmarł. Może i kojarzą, ale w wielu miejscach jak próbuje komuś coś wytłumaczyć, to po prostu nie wiem, ktoś mówi, kto to jest Mike'a Oldfielda, ja mówię proszę Pana, czy proszę Pani jego koncert otwierał Olimpiadę w Londynie, to chyba byle kto by tego nie robił i takich sytuacji jest dużo, że dzisiaj się to gdzieś tam zatraca, a jeżeli już ktoś wie, to właśnie głównie wie, że to było "Moonlight Shadow"," To France" ewentualnie i tym podobne, ale już jakieś ambitne dzieła typu orkiestrowa wersja Dzwonów rurowych, czy na przykład właśnie "Platinum", czy no chociażby "Taurusy", jako miniatury instrumentalne wplecione w trzy albumy, gdzie też można ciekawej muzyki posłuchać i ciekawych klimatów takich jako kilkanaście tematów w odpowiedni sposób powiązanych i zaprezentowanych, no więc jest to trudne zadanie, ale ja przynajmniej wiem, że urodziłem się po to, żeby grać na tym instrumencie chyba taką trudną muzykę i cały czas wierzę, że nie będę musiał grać disco polo albo na weselach, żeby zarobić pieniądze, tylko będę mógł wystąpić rzadziej, za lepsze pieniądze i dla grupy, która będzie wiedziała, czego chcę posłuchać.
Michał: Powiedz mi, czy Mike Oldfield słyszał Twoje wykonanie swoich utworów na akordonie?
Andrzej Ceglarek: Podobno tak, miałem tylko takie w pandemii przejawki, że administrator różnych stron na Facebooku był zszokowany i znam gościa, nie znając gościa, można tak powiedzieć, pozałatwiał mi promocje jakieś, jak były wieczory, właśnie to się na Facebooku skończyło, że nie można być w grupie i słuchać muzyki, ponieważ to łamie jakieś tam prawa autorskie, ale są to przecież oficjalne nagrania i jeżeli się z YouTuba prezentuje te nagrania, to chyba można, no tak samo moje nagrania są na YouTubie, na razie płyty żadnej nie mam i wtedy były takie sytuacje, że ten człowiek zrzeszał kilkadziesiąt tysięcy osób na takim wieczorze słuchania muzyki i wstawiał na przykład moje trzy utwory do posłuchania i ludzie byli zszokowani, że w ogóle że taki utwór brzmi, no. "Guilty" na akordeonie, które zrobiłem na bazie wersji koncertowej z 79 roku, no jest to prawie z sekunda do sekundy, co do, co do przeniesione przeze mnie z finałem pożyczonym z Dzwonów, więc kto zna te klimaty, to wie co ja zrobiłem i na bazie czego, ale ktoś inny nie zna i myśli, że taka jest kompozycja utworu, więc wiem, że Mike Oldfield wie o mojej działalności, zresztą w kilku miejscach wydaje mi się, że jakieś łapki w głowę były, ponieważ na Instagramie, na Facebooku Gordon Mikefield jest jego profilem i no tylko tyle, że facet się wycofał, zakończył swoje działania kompozytorskie, już jest oficjalnie na emeryturze, mieszka w Nassau, ma swój domek przy plaży i napisał na zakończenie intro do Dzwonów Rurowych 4 i wszyscy myśleli, że będzie cała reszta, na tym intro się skończyło i chyba się więcej nie doczekamy, więc nie sądzę, żeby mu udane było przyjechać do Polski i mnie klepnąć w ramię i powiedzieć, że "to jest good man", no na przykład, no nie sądzę, nie sądzę.
Michał: Zamknijmy ten temat, w tej chwili chociaż bardzo ciekawie o tym opowiadasz. Przejdźmy do bardziej przyziemnych spraw, do mniejszego świata, do naszej galerii. Jak wspominasz to nasze pierwszą spotkanie, ten twój pierwszy recital tutaj oraz czy było to najciekawsze miejsce, w którym występowałeś?
Andrzej Ceglarek: Nie, w różnych miejscach dane przychodziło mi zagrać, no w takich co do nieoczywistych miejscach byłem zaskoczony w 19 czy w 18 roku na konkursie w Trossingen na południu Niemiec, gdzie proszę sobie wyobrazić, że przesłuchania kategorii rozrywkowej odbywały się w taki sposób, że oto jest opuszczona fabryka, która została odnowiona, tutaj jakieś maszyny, które już nie pracują, ale stoją, tu jakieś rury, jakieś pokrętu, a nie wiadomo co, a przed tym wszystkim stoi 30-40 stolików. Każdy tam ma jakieś piwko, kawkę, ciasto i tym podobne. Może ktoś miał też kiełbasę, nie wiem. I nagle jest scena, która się odsłania, jest to wszystko ładnie przygotowane i nagle okazuje się, że ja gram w jakiejś maszynowni przesłuchanie konkursowe i muszę powiedzieć, że właśnie taki klimat mi pasuje, bo pewne rzeczy trzeba grać w takiej wersji, w takiej scenerii, w takiej atmosferze. Przez lata współpracowałem z restauracją kuchni żydowskiej, gdzie grałem na zaproszenie jakiejś firmy, występy, ale ta restauracja miała na przykład też drugie miejsce w postaci restauracji kuchni węgierskiej i tam z kolei sceneria różnych władców Węgier powodowała, że jak zagrałem 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9 i tak dalej utwór węgierski, no to ja mogłem sobie wybrać przy którym władcy mam sobie zrobić zdjęcie, że go grałem albo przy którym władcy nagrać. Więc tutaj grałem na otwarciu prac Jerzego Maksymiuka w Zakopanem i to też była kwestia, kwestia związana ze sztuką malarską, ale w takim, że tak powiem doborowym towarzystwie arcymistrzów to jeszcze mi zagrać dane nie było, a tutaj no cóż, wiedziałem, że pewni ludzie mnie znają, bo do dzisiaj mam sytuację, że idę w Giżycku i ktoś mi mówi, a pamiętam jak Pan tam grał na konkursie albo jak Pan grał na Brunonach. Z tych żarcików, które sobie na początku zrobiłem to oczywiście było tylko po to, żeby rozruszać publiczność, ale może się to komuś podobało, nie podobało, ale ja w taki sposób właśnie funkcjonuję z publicznością, żeby ona nie siedziała sztywno na koncercie i klaskała, tylko wtedy kiedy utwór się skończy, tylko żeby był jakiś, no jakiś taki punkt luźniejszy albo zadanie dla publiczności no i może tak, gdyby to był taki pełny koncert na 70-80 minut taki jak grałem w Wilkasach, to wtedy można zaproponować, żeby publiczność w taki czy inny sposób się zachowała, żeby jeszcze coś od siebie dała i nawet nie wiem, jeżeli tak mogę powiedzieć, że na tych brunonach były właśnie nie wiem, czy tak można powiedzieć śmietanka towarzyska Giżycka, bo to takie przez Was nazywane były, mówię w czasie przeszłym, bo to się więcej nie odbyło, że to były giżyckie Oscary, no to niezależnie jak tam słyszę opowieści, że ten święty Brunon to ten nie był w ogóle w Giżycku, czy tam nie doszedł, mniejsza z tym, no ale jest jego nagroda jest to jakaś pula, która o czymś świadczy i sam fakt, że jeżeli tam przechodzi śmietanka, to że ta śmietanka dała się namówić, żeby ten rytm wyklaskiwać i do tego "Babylon Berlin", tylko tego mniej znanego tematu, takiego bardziej ruchliwego ten rytm wystukać, to naprawdę ja uważam, że to poszło w taki sposób jak trzeba i jeżeli w takim stylu bym mógł tu w przyszłości zagrać w tej galerii koncert taki pełnowymiarowy, no to myślę, że publiczność już by przyszła jeszcze liczniej, pewnie zamiast stolików byście ustawili same ławki i myślę, że 200 osób, 300 mogłoby na ten występ przyjść i może by się okazało, że za mało. No bo jeżeli byśmy się umówili, że zagram repertuar Nino Roty i Mike Oldfielda, Vangelisa i Jeana Michele Jarre'a, no nie wiem, no i na przykład Chuck'a Mangione, no to pewnie są osoby, które bym to powie, o kurczę, no to idziemy, tak, no i wtedy, wtedy pytanie, czy wy dysponujecie taką ilością miejsca, żeby tu wszystkich zmieścić.
Michał: Będziemy powoli kończyć, tak sobie teraz ja skojarzyłem, bo nie wiem, czy kojarzysz taki koncert z Jean'a Michela Jarre'a w Stoczni Gdańskiej, mega, mega osiągnięcie jego i mega osiągnięcia, mega nietuzinkowe miejsce i mega nietuzinkowy artysta. Ja ci życzę Andrzejku od siebie, żeby ten Mike Oldfield Cię poklepał po tych plecach, a sobie życzę, żeby to zrobił w Giżycku na twoim koncercie.
Andrzej Ceglarek: Dzięki. No jeżeli tak będzie taka możliwość, to wiem, że szef tej galerii ma tak mocne kontakty w świecie, nie tylko w Stanach Zjednoczonych, gdzie jak sam wielokrotnie opowiadał zaczynał swoją przygodę ze sztuką, to myślę, że może polecieć, odwiedzić starych znajomych i przy okazji zahaczyć o Nassau i powiedzieć, cześć Mike, tu jest taki muzyk. Może coś z tego wyjdzie. Dziękuję bardzo Michał.
Przypisy
wspomniane w wywiadzie Dzwony rurowe to oczywiście dzieło życia Mike'a Oldfielda, wydany w 1973 roku album "Tubular Bells", później kontynuowany w roku 1992 i 1998. Fragment został wykorzystany m.in. w filmie "Egzorcysta"(1973).
W pierwotnej publikacji zdjęcia pochodziły z prywatnego archiwum Andrzeja Ceglarka. Zdjęcie wyróżniające wykorzystane w tym artykule pochodzi z oficjalnej strony artysty.
Zobacz także naszą muzyczną relację z koncertu Andrzeja Ceglarka w Wilkasach.

